Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

Planujecie weekend? Poszukajcie strategii, które zaspokoją potrzeby Twoje i partnera

plany na weekend

Cały tydzień czekamy na te magiczne dwa dni. Odliczamy już od poniedziałku. Myślimy sobie- byle do środy, potem będzie już z górki. Czwartek jakoś przeleci, piątek- wiadomo! Kto w piątek pracuje na poważnie? No i jest upragniona sobota. I … Houston, mamy problem!

Musimy pogodzić ze sobą dwie różne koncepcje- żony i męża.

Plany na weekend
Ona nie pracuje zawodowo, zajmuje się dziećmi, domem. Gotuje, pierze, sprząta- robi to wszystko, co miliony kobiet na świecie. Chociaż rzadko się do tego przyznaje, tęskni za kontaktem z ludźmi, za wyjściem z domu- nie po zakupy, nie na pocztę, czy do lekarza.

On jest głową rodziny i zapewnia swoim najbliższym byt. Pracuje od rana do wieczora, w domu praktycznie tylko nocuje. Czasami uda mu się jeszcze zobaczyć dzieci, zanim te pójdą spać, ale to rzadkość. Po całym tygodniu pracy i uciążliwych dojazdów jest zmęczony. Marzy, by zostać w domu, pognić w łóżku, ponudzić się przed telewizorem.

Porozumienie w związku
Kiedy przychodzi weekend zawsze dochodzi do scysji. Ona chce spędzić ten czas aktywnie, już nawet wyszukała, co będzie się działo ciekawego na mieście. On woli poleniuchować. Czy można to pogodzić?

Co proponuje porozumienie bez przemocy dla par?
Tak, jeśli ona i on szczerze wyznają, jak wyobrażają sobie ten wolny czas. Obie strony konfliktu chcą go spędzić razem. Dlatego zanim zaczniemy się obrażać, najpierw powiedzmy swojej drugiej połówce konkretnie, czego chcemy, a potem znajdźmy kompromis. Zawsze można podzielić weekend na pół. Można zastosować jakiś grafik- w tym tygodniu szalejemy na mieście, w kolejnym- zamawiamy pizzę i oglądamy filmy w domowym zaciszu.

Dobre relacje w małżeństwie
Podstawą w takich sytuacjach jest szczerość i komunikacja. Jeśli to u nas zagra, przy wzajemnym szacunku, to strategie na udany weekend szybko się znajdą. Niedawno usłyszałam, że świat jest pełen strategii- zatem, szukajmy ich.

Też macie takie problemy?
Pochwalcie się swoimi strategiami na rodzinny wypoczynek.


Czas dla siebie- a konkretnie?


Kiedy w ramach kursu „Jak zostać Mamą Mocy” musiałam sporządzić listę swoich potrzeb, na wysokiej (może nawet medalowej) pozycji uplasował się czas dla siebie. Wtedy nie widziałam w tym stwierdzeniu nic złego. Dopiero autorka kursu, Basia, uświadomiła mi oraz pozostałym uczestniczkom, że jest to pusty frazes.

Czy „czas dla siebie” wylądowałby również na Waszej liście potrzeb? Podejrzewam, że tak. Codzienne zmagania z rzeczywistością dają nam nieźle w kość. Nierzadko mamy pod górkę. Jesteśmy zmęczeni, poirytowani- a to doskonała pożywka dla konfliktów. Co zrobić, aby uchronić siebie i rodzinę przed krzywdzącą złością?

Komunikujmy się, mówmy o swoich potrzebach otwarcie. Bez żadnej ściemy. Bez owijania w bawełnę. To jest właśnie czas na konkrety! Mówisz mężowi, że potrzebujesz czasu dla siebie, a on wzrusza ramionami? Pewnie się wściekasz, że w ogóle cię nie rozumie, ale zatrzymaj się, weź kilka głębokich oddechów i dokonaj analizy swojego przekazu. Co to znaczy- czas dla siebie?

A gdybyś tym razem zrobiła to inaczej? Powiedz konkretnie, na czym ci w tej chwili zależy. Czego pragniesz? Jaka twoja niezaspokojona potrzeba buzuje niczym gorąca lawa w uśpionym wulkanie, gotowa, by rozlać się po całym domu i oparzyć twoich bliskich?

Potrzebuję poczytać książkę/ wziąć kąpiel/ uciąć sobie drzemkę. Oto konkret, który zdecydowanie bardziej przemawia do wyobraźni. Niestety, czasu nikt nie może nam podarować. Natomiast zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji- strategia, którą można wykorzystać. Partner wykąpie dzieci, a ty odpłyniesz z ulubioną lekturą. Potem ty położysz je do łóżek, a on pójdzie pobiegać.

Wciąż piszę z perspektywy kobiety, ponieważ mam wrażenie, że „czas dla siebie” to ulubiony zwrot wszystkich pań .
A może się mylę?

Na co zamienisz swój „czas dla siebie”? Jaka jest twoja niezaspokojona potrzeba? Jestem bardzo ciekawa :)

Pisząc ten tekst, inspirowałam się Porozumieniem bez Przemocy (NVC) oraz kursem Barbary Bielanik, właścicielki Szkół Mocy. Zachęcam Was do wzięcia udziału w najnowszej edycji kursu- jeśli potrzebujecie świeżości i łatwości w swoim rodzicielstwie.

"Chciałam sobie udowodnić, że nie jestem TYLKO mamą, ale kimś więcej"- wywiad z Marzeną Gaczoł, autorką bloga "Matka Puchatka"


Dzisiejszą rozmówczynię- kobietę, która mnie inspiruje, poznałam jeszcze na studiach. Mamy wspólną znajomą, którą serdecznie pozdrawiam, jeśli tylko to czyta! Co tu dużo kryć, to były czasy wiecznych imprez ;) Potem życie zaczęło się toczyć zupełnie innym rytmem, nasze drogi się rozeszły i znajomość się urwała. Aż któregoś jesiennego dnia odkryłam, że Marzena prowadzi blog. Zaczęłam ją śledzić ;) Dowiedziałam się o niej mnóstwo ciekawych rzeczy! Marzena, choć Wy znacie ją pod nazwą "Matka Puchatka", jest mamą, polonistką z wykształcenia, a także surdopedagogiem, edytorką tekstów i copywriterką, prowadzi blog. I namiętnie czyta! 

Zacznijmy od szczerego wyznania: to kiedy Ty właściwie śpisz?
Marzena: Dobre pytanie i tu mnie masz! Śpię niewiele, bo ok. 3-4 godzin na dobę, przeważnie między 4:00 a 8:00. Uprzedzę kolejne pytania: funkcjonuję normalnie, nie jestem zmęczona, wysypiam się i nie uznaję drzemek w ciągu dnia – nie mam nawet na nie czasu. Niestety doba jest dla mnie nadal za krótka! 


W zeszłym roku przeczytałam raptem kilka książek, Ty przekroczyłaś setkę, o ile dobrze pamiętam. Mamy miesiąc maj, a Ty już jesteś bliska magicznej liczby 100- jak to robisz? Skończyłaś kurs szybkiego czytania?

Marzena: Nie skończyłam kursu, nie przeczytałam, nawet żadnej książki na ten temat. Najlepszą szkołę szybkiego czytania (albo przetrwania) dała mi uczelnia – studiowałam polonistykę, więc, po prostu trzeba było wykreślać kolejne tytuły z listy lektur, a przy okazji nadrobić zaległości z liceum – wtedy nie byłam taka obowiązkowa. Umiejętność szybkiego czytania jest do nabycia, trzeba po prostu trenować – czytać w ogóle :) W tamtym czasie nie skusiłam się jednak na nic ponadto, co było obowiązkowe. Z czasem wróciłam do czytania dla przyjemności. A kiedy czytam? W tzw. międzyczasie: gdy nie pracuję, nie zajmuję się córą i oczywiście, patrz punkt pierwszy, kiedy nie śpię :)
 

Zadam Ci teraz pytanie, które pewnie nie raz słyszysz- jaka jest Twoja ulubiona książka?
Marzena: Czasem wydaje mi się, że gdybym miała mniejszy „przebieg”, potrafiłabym taką wskazać. Dzisiaj jest to niemożliwe, bo lista tych, które mnie zachwycają i robią na mnie wrażenie wciąż się powiększa. Ostatnio do tej listy doszła „Dziewczyna z sąsiedztwa” J. Ketchuma, ale też książki Jarosława. Mimo wszystko często wracam też do starszych publikacji, np. do fantastyki w wykonaniu Elizabeth Haydon czy do „Mechanicznej pomarańczy” (ze względu na język). Pomieszanie z poplątaniem i na tym skończę, bo mogłabym jeszcze sporo ulubionych książek wymienić. Uznajmy, że ulubionej książki nie mam, ale wytrwale takiej poszukuję.


Opowiedz mi, proszę, o Twoim doświadczeniu zawodowym. Jesteś surdopedagogiem. To bardzo ciekawy kierunek. Skąd ten pomysł?
Marzena: Może to zabrzmi patetycznie, ale studia podyplomowe zaczęłam ze względu na chęć odkrycia „nieznanego”. Świat ciszy fascynował mnie od zawsze, miganie pociągało i urzekało lekkością… Możliwość porozumienia się z kimś za pomocą gestów, mimiki oraz układu palców to nie lada wyzwanie, które uczy pokory. Świat Głuchych jest zamknięty dla słyszących, a ja po prostu miałam nadzieję, że uda mi się stanąć przynajmniej w drzwiach i rozejrzeć się nieco z progu.

Poza tym to zawsze dodatkowe kwalifikacje – mogę uczyć języka polskiego w PJM albo w SJM :) Niestety nie udało mi się znaleźć zatrudnienia w szkole, więc na razie spełniam się inaczej – udzielam korepetycji dzieciakom niedosłyszącym, migam ze znajomymi, uczę córę! A co będzie potem, czas pokaże.
 

Zajmujesz się również korektą tekstów oraz copywritingiem. Podpowiedz innym, jak szukasz zleceń? Od czego zacząć zarabianie na pisaniu tekstów? Jakie miałabyś rady na dobry początek?

Marzena: Na początku szukałam zleceń w sieci – byłam zarejestrowana na kilkunastu stronach z ofertami, brałam, co było do wzięcia. To pozwoliło mi na podszkolenie się z terminowego pisania różnorodnych tekstów (od precli po artykuły specjalistyczne). Obecnie polegam, przede wszystkim, na „poczcie pantoflowej” – osoby czy firmy, z którymi współpracowałam, polecają mnie znajomym i rodzinie. Z niektórymi „znamy się” od lat, inni wracają, pojawiają się też nowe zlecenia. Często robię korekty prac magisterskich – przeważnie z polecenia. W każdym razie na brak zajęć nie narzekam.

Od czego zaczęłam? Od uwierzenia we własne możliwości i przyswojenia zasad, którymi rządzi się copywriting czy zaprzyjaźnienia się z SEO. Początki są trudne, ale trening czyni mistrza. Trzeba po prostu zacząć pisać – systematycznie, uparcie i czasem za grosze. To takie moje małe hobby: tylko tekst i ja. Trzeba po prostu lubić dłubanie w tekście.
 

Zdradzisz nam, o czym będzie Twoja książka?
Marzena: Nie wiem, czy kiedykolwiek napiszę tę książkę. Wszyscy mówią, że powinnam, ale nie jestem przekonana. Wydaje mi się, że po prostu niektórzy są stworzeni do czytania, a inni dostarczają im „materiału”. Jestem chyba po prostu lepszym czytelnikiem niż autorem – do napisania książki potrzeba odwagi, której mi jeszcze brakuje.

Realny plan jest poza beletrystyką – myślałam o publikacji z zakresu bobomigów, czyli o czymś w surdopedagogicznych klimatach z pożytkiem dla dzieci słyszących. Wiem, że niewielu rodziców słyszało o tej metodzie porozumiewania się z niemowlakami, więc wydaje mi się, że warto poruszyć ten temat. Badania przede mną!

Ja również mało słyszałam o bobomigach, mam jeszcze Twój post na ten temat do nadrobienia;) Dlatego z niecierpliwością będę czekać na książkę! Skąd pomysł, aby prowadzić blog? Od czego się zaczęło?
 

Marzena: Pierwszy wpis pojawił się na moim blogu 24 października 2015 roku – data ważna dla mnie i mojej puchatości, z którą postanowiłam się wtedy pożegnać. Puchatość troszkę się skurczyła, moje skrzydełka w tym czasie urosły, więc równowaga w przyrodzie została zachowana. Chyba po prostu potrzebowałam mieć coś tylko swojego, marzyła mi się mała odskocznia od codzienności – miejsce, w którym mogłabym pisać o książkach, o walce z puchatością, czasem coś o macierzyństwie czy o innych ważnych sprawach… Chciałam podzielić się z kimś sposobem na skręcenie ptaka albo pokazać, że można zrobić coś z niczego. No i podrzucić czasem jakiś przepis na błyskawiczną zdrową przekąskę czy na niezdrowe słodkości. Chciałam sobie udowodnić, że nie jestem TYLKO mamą, ale kimś więcej, a blog miał mnie zmotywować do odkrycia tej lepszej wersji, która gdzieś tam we mnie siedzi.

Twój blog ma mnóstwo fanów, a Twoje posty motywują również innych- dobra robota! Życzę Ci odwagi i determinacji, abyś mogła spełnić wszystkie swoje marzenia. 



Marzenę spotkacie na jej blogu, a także na portalach społecznościowych:

http://matkapuchatka.blogspot.com/

https://web.facebook.com/matkapuchtka   





"Jest duża satysfakcja, że udało się, że mam to wszystko i że robię to, co kocham"- o miłości do rękodzieła i zakładaniu pierwszej działalności opowiada Justyna, właścicielka firmy Omenka


Dawno temu, kiedy jeszcze nosiłam pod sercem pierworodną, poznałam Justynę. Zaprosiłam ją na kiermasz rękodzieła, który organizowałam. Chociaż tak naprawdę, to ona się wkręciła na tę imprezę sama- za pośrednictwem innej znajomej. Prawdziwa ślązaczka- zawsze postawi na swoim! Nie żałuję- Justyna to cudowna osoba, a jej rękodzieła są piękne. Przekonajcie się sami.

Skończyłaś architekturę, prawda? Jaka była droga od tego kierunku, do miejsca, w którym jesteś teraz? Czemu nie chciałaś pracować w zawodzie?

Justyna: Najpierw było rękodzieło, potem dopiero decyzja o wyborze kierunku studiów :). Od najmłodszych lat lubiłam spędzać czas przy rysunku, tak odpoczywałam. Chętnie uczyłam się nowych rzeczy – malowania, tworzenia z modeliny, sklecania paciorków i wielu innych. Już w podstawówce byłam pewna, że pójdę na ASP. Wszystko zmieniło się gdy przyszedł czas wyboru studiów - zaczęłam analizować zasadność wyboru kierunku, co będzie najlepsze i na czym najlepiej wyjdę, po jakim kierunku uda mi się łatwiej znaleźć pracę. Ponieważ lubiłam przedmioty ścisłe uznałam, że najlepszym wyborem będzie architektura. Wydawało mi się, że po ASP nie można nic innego robić jak uczyć w szkole, a też nie znałam nikogo kto mógłby mnie wyprowadzić z błędu. Nie mogę jednak powiedzieć, że wybór architektury był złym wyborem - studia wyuczyły mnie poczucia estetyki, wiele godzin spędzonych na rysunkach i makietach wyćwiczyły moją precyzyjność i staranność. Zaczęły rodzić się pomysły i nie długo potem, przy niczym nie czułam się tak spełniona jak przy ich realizacji. Początkowo tworzyłam dla siebie, bliskich, znajomych – w formie prezentów, upominków – aż w końcu ktoś mi podpowiedział, żebym podzieliła się swoją twórczością z innymi – tak powstała firma Omenka. Dlaczego nie chciałam pracować w zawodzie? Chciałam i gdybym miała możliwość pracy w zawodzie na umowie o prace to pewnie bym się jej podjęła – ale pod warunkiem, że nie musiałabym rezygnować z tego co robię teraz :)

Kiedy się poznałyśmy, zajmowałaś się przede wszystkim szyciem maskotek. Skąd wzięła się u Ciebie taka pasja?

Justyna: To prawda :). Tak jak już wspominałam wcześniej, tworzenie zawsze było dla mnie rodzajem odskoczni, przy tym odpoczywałam i się odstresowywałam. Gdy podczas studiów przyszedł czas na obronę dyplomu inżynierskiego, pracę napisałam przed czasem i zostały mi 2 tygodnie nauki i oczekiwania na dzień obrony. Mówiąc kolokwialnie chodziłam po ścianach :). A ponieważ z końcem maja mam urodziny poprosiłam mamę i babcię by zrobiły mi składkowy prezent i kupiły mi maszynę do szycia bym mogła się przez te 2 tygodnie czymś zająć (dostałam Łucznika Kornelię 2004). Już wiedziałam, że pochłonie mnie to bezgranicznie bo to coś nowego – u mnie w domu nigdy nie używało się maszyny do szycia, zwyczajnie takowej nie mieliśmy, więc już czułam zapał do nauki – co skutecznie odciągnęło mnie od stresów uczelnianych :). Tak się zaczęła historia z maszyną, do której ciągle chętnie powracam i której cięgle się uczę :)

Jak wyglądało zakładanie firmy? Czy z perspektywy czasu uważasz, że jest to droga przez mękę, czy raczej bułka z masłem?

Justyna: Zaczęło się od tego, że nie umiałam znaleźć pracy z umową o pracę, a potrzebowałam ubezpieczenia. Ponieważ skończyłam studia to musiałam podjąć jakąś decyzję. Zapisałam się do Urzędu Pracy i wtedy dowiedziałam się że są dostępne środki na Pierwszą Działalność Gospodarczą. Zaciągnęłam informacji jak to działa i niedługo potem już siedziałam planując biznesplan swojej firmy :). Sama możliwe, że bym się tego w ogóle nie podjęła, ale było wokół mnie wiele osób, które mnie do tego zachęcało i zapalało do działania – zarysowywali mi perspektywę własnej działalności i robienia tego co się kocha jednocześnie na tym zarabiając :). Nie mogłabym powiedzieć, że jest to droga przez mękę, ale też nie określiłabym tej drogi jako bułka z masłem – kosztuje to wiele trudnych decyzji, stresu, czasu – i to takiego czasu, w którym nic nie zarabiasz bo nie możesz być osobą zatrudnioną (gdy strasz się o takie środki o jakie ja się starałam). No i ciągle pytanie co dalej jeśli nie wyjdzie? Ale powiem szczerze że warto. Szczególnie gdy ma się bliskie osoby, które Cię wspierają. Nie wiem czy kiedyś dorobiłabym się z własnej kieszeni takiego sprzętu jaki kupiłam z dofinansowania mimo, że nie wybierałam takiego z górnej półki. Jest duża satysfakcja, że udało się, że mam to wszystko i że robię to co kocham :).

Co powinien wiedzieć każdy, kto chce założyć firmę, a o czym Ty na początku nie wiedziałaś?

Justyna: 1) Powinien zasięgnąć informacji gdzie, jak, z jakiego tytułu i ile dofinansowania może otrzymać – warto korzystać z takich pomocy! Ja po fakcie dowiedziałam się, że nie tylko Urząd Pracy ma do dyspozycji środki na pierwszą działalność – warto porównać „oferty” i wybrać to co najbardziej Ci pomoże na początku Twojej działalności (takie środki maja zwykle również Urząd Miasta, Starostwo Powiatowe i prawdopodobnie jeszcze inne instytucje).
            2) Nim zacznie się szukać opcji dofinansowań warto nakreślić sobie biznesplan – i najlepiej sobie go rozpisać, rozrysować, mieć koncepcję – wtedy gdy zapozna się z „ofertami” różnych dofinansowań lepiej wiesz czego chcesz.
            3) Warto wiedzieć, że jest coś takiego – a przynajmniej było – jak dofinansowanie do pierwszych składek. Nie wiem jak to fachowo się nazywa, chodzi o to, że jeśli zakładasz taki biznes, że możesz w pierwszych miesiącach mieć trudność zarobić na ZUS to możesz otrzymywać miesięcznie środki na uregulowanie składek – taka zapomoga? Nie wiem jak to nazwać. Ja o tym nie wiedziałam, dowiedziałam się po pół roku gdy już prowadziłam działalność – wtedy już nie mogłam o coś podobnego wnioskować, ponieważ o takie coś można prosić jedynie przy rozpoczęciu działalności. Musicie poszukać informacji na ten temat, ale wydaje mi się, że takim czymś zajmuje się Starostwo Powiatowe(?)

 Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu własnego biznesu?

Justyna: Najtrudniej jest pozyskać klientów z zewnątrz – 80% moich klientów są to znajomi, znajomi znajomych i osoby którym polecili znajomi znajomych, itd. – tak więc osoby powiązane w jakiś sposób. Najtrudniej jest znaleźć klientów całkiem z zewnątrz, w ogóle nie powiązanych, którym nikt Cię nie polecił, po prostu Cię znaleźli i chcą skorzystać z Twoich usług. Sztuką jest dobra promocja, reklama swojej działalności :). Uważam, że to ważne by umieć pozyskać klientów całkiem z zewnątrz – to daje możliwość rozwoju, ponieważ sieć powiązanych klientów w końcu się wyczerpie – wyczerpie się zapotrzebowanie i może się okazać że nie ma się już dla kogo pracować.

W Twojej pracowni powstają różne cudeńka. Skąd czerpiesz pomysły?

Justyna: Pomysły czerpie się zewsząd :). Codziennie idąc na zakupy, spacerując, oglądając telewizję, czytając artykuły, przeglądając internet. Inspiracje są wszędzie, tylko trzeba dobrze patrzeć. Detale, szczegóły, drobnostki, które się spostrzega mogą się okazać dobrym początkiem pomysłu na coś ciekawego. Chociażby wzór materiału, w misie, liski, jeżyki – a jak by uszyć taką maskotkę? Czemu by nie? Dla tych, którzy nie mają czasu i sił na szukanie inspiracji w otoczeniu polecam internet – jest kopalnią pomysłów :).

 Za co kochasz swoją pracę (jeśli ją kochasz, oczywiście!)?

Justyna: Uwielbiam moją pracę :). Jak każda praca męczy, wymaga wysiłku, skupienia, ale jest to miłe zmęczenie bo widzisz efekty pracy. Wiesz, że zrobiłaś to sama i możesz się tym cieszyć – a jeszcze większą daje to satysfakcje gdy wiesz, że ten dla którego to robiłeś docenia Twoją pracę. Od razu maluje mi się uśmiech na twarzy gdy rodzice wysyłają mi zdjęcia swoich dzieci bawiących się moimi zabawkami albo ucieszonych, że otrzymało produkt Omenki – to mi wynagradza nieraz niewdzięczne projekty jakie sobie stawiam do zrealizowania – bo nie zawsze jest łatwo i kolorowo. Ale staram się nigdy nie mówić „nie” gdy ktoś mnie prosi o realizację – przełamuję w ten sposób lęki, że coś może mi nie wyjść i uczę się nadal nowych rzeczy :). Są oczywiście rzeczy nie do zrealizowania ręcznie – takich nie warto się podejmować bo można tylko sobie zaszkodzić – sobie i swojej firmie.

Na pewno wiele osób się zastanawia, co znaczy nazwa Twojej firmy- Omenka? Wytłumaczysz nam?

Justyna: Wiele osób zadaje mi to pytanie :). Nazwa Omenka wywodzi się z języka Igbo (urzędowy język wschodniej części Nigerii) i w tłumaczeniu oznacza: artysta, rękodzielnik.

Zdradzisz nam swoje plany na przyszłość? Co czeka Omenkę w najbliższym czasie?

Justyna: Omenka w ostatnim czasie najwięcej zleceń ma z zakresu oprawy weselnej, komunijnej, Chrztów i innych imprez (w tym zaproszenia, winietki, podziękowania i inne), oraz na kartki okolicznościowe, dlatego postanowiłam ukierunkować działalność (dotychczas robiłam wszelkiego rodzaju rękodzieło).
Nie oznacza to jednak że zaprzestaję szyć maskotki i tworzyć inne rzeczy, które robiłam dotychczas – z tą różnicą, że takie zamówienia będę wykonywała tylko na specjalne życzenie klienta – nie będą pojawiały się nowe pozycje produktów z tego zakresu na stronach Omenki.
            Marzyło mi się by zacząć współpracować z osobami, które zajmują się usługami przy weselach (fotograf, florysta, fryzjer, kosmetyczka itp.), abyśmy mogli wspólnie organizować wesela – kto wie może jeszcze się spełni :).

Na pewno dopniesz swego  Życzę Ci tego z całego serca!






Prezenty z duszą- polscy rękodzielnicy polecają


Za co kocham maj? Za wiosnę w pełnej krasie, za drzewa obsypane kwieciem, za soczystą zieleń i gwałtowne burze, po których powietrze jest tak rześkie, że aż chce się żyć! W maju słowiki najpiękniej śpiewają i to w maju właśnie pocałunki w blasku księżyca są najsłodsze, prawda?

Maj to również mnóstwo okazji, aby obdarować kogoś wyjątkowym prezentem. To przecież sezon komunijny, a także ślubny (choć w nazwie nie ma „r”, to i tak zakochani tłumnie i chętnie wypowiadają słowa przysięgi małżeńskiej właśnie w maju), a i na koniec miesiąca mamy Dzień Matki. Jest więc co świętować!

Wybieracie się na komunię? Nie macie pomysłu na prezent? Jeśli szukacie niebanalnych upominków, to zapraszam Was do mojego małego przewodnika po polskim rękodziele.

Dlaczego warto kupować rękodzieło? Bo to cząstka czyjegoś serca, ogromna pasja oraz często wielogodzinna, żmudna praca. To przedmioty z duszą- niepowtarzalne i warte swojej ceny. Wspierajcie polskich rękodzielników. Naprawdę, są tego warci.

Aby przekonać Was do zakupów innych niż zwykle, przedstawiam kilka artystek (tak się złożyło, że w moim skromnym zestawieniu zabrakło panów), które przygotowały swoje propozycje prezentów komunijnych oraz upominków dla ukochanej mamy. Jest jeszcze trochę czasu, może uda Wam się zamówić u nich jakiś drobiazg?

Agnieszka: Pracownia rękodzieła "Biały Motyl" to miejsce, w którym z pasją i nowatorskim spojrzeniem tworzone są niezwykłe prace. Znajdziecie tutaj autorską biżuterię, stylowe torebki i wiele ciekawych dodatków do domu i dla najmłodszych. Połączenie eko- rozwiązań i naturalnych produktów sprawiają, że moje prace są wyjątkowe i niepowtarzalne. Jak można połączyć len, bawełnę i drewno przekonacie się sami oglądając przykładowe prace. Zapraszam!


Jako prezent komunijny Agnieszka poleca dodatki do strojów (torebeczki, rękawiczki, mitenki, spineczki- to propozycje dla dziewczynek), a także koronkowe anioły i oryginalne ramki na zdjęcia.








Na Dzień Matki możecie zamówić u Agnieszki oryginalną biżuterię lub jedyny w swoim rodzaju pokrowiec na rowerowe siodełko :)



 Po więcej inspiracji zapraszam na fanpage  oraz do sklepu https://www.etsy.com/shop/SmallWhiteArt



Monika: Jestem przede wszystkim mamą . Rękodzieło to moja pasja . Z wypalaniem na drewnie "zaprzyjaźniłam się " w 2014 r tworząc własny nr. domu i tak się zaczęło . Anioły i Demony dominują w mojej twórczości, choć żadna inna grafika nie jest mi obca . Najciekawsze jest w tym to, że nigdy nie wiadomo jaki będzie efekt końcowy . Moje obrazy dwa razy brały udział w Światowej Wystawie Sztuki we Włoszech , były licytowane na Wielką Orkiestrę J. Owsiaka jak i darem dla Schroniska w Orzechowicach . Obecnie są wystawiane w Bieszczadach gdzie można je zakupić . 

Ciekawą propozycją jest pamiątka na drewnianej desce. Można również podarować obraz o tematyce religijnej lub portret.








Mama może się ucieszyć z deski z dowolnym motywem lub z kwiatów- róże zawsze są na czasie :)





 Z artystką możecie się skontaktować za pośrednictwem fanpage Fire Wood Art




Justyna: Firma Omenka istnieje od prawie 2 lat, ale tworzę od dziecka. Początkowo przedmioty tworzyłam dla siebie, bliskich, znajomych w formie prezentów, upominków, aż w końcu ktoś mi podpowiedział, żebym podzieliła się swoją twórczością z innymi. Robię to czego potrzebujecie, projekty własne, Wasze, wspólne. Jestem po to by tworzyć piękne rzeczy dla Was i dla Waszych bliskich :)
Na okoliczność Komunii Świętej Justyna proponuje piękne kartki oraz obrazki z aniołami.






 

Dla mamy możecie zamówić nie tylko kartki, ale również szal, czy biżuterię- to lubią wszystkie kobiety, prawda?











Więcej produktów Omenki znajdziecie na www.omenka.pl oraz na fanpage.


Paulina: Całe życie towarzyszyły mi różne prace plastyczne - glina, wycinanki, gobelin, ale to malowanie farbami zawładnęło moim sercem, jest dla mnie odskocznią od świata codziennego. Malując, mogę tworzyć, przelać na przedmiot obrazy, które utknęły gdzieś w zakamarkach mojej głowy, mogę światu dodać wiele barw. Bardzo lubię tworzyć obrazy o dużych gabarytach. W moich pracach przeważa tematyka zwierzęca, bajeczne kolory i oczywiście lisy, które uwielbiam! Jestem samoukiem, nie ukończyłam żadnych szkół plastycznych, mam dwie cudowne córeczki i wspaniałego męża, mieszkam w Sanoku.
  
Paulina przygotowała się do sezonu komunijnego i wyczarowała urocze aniołki. Świetnym prezentem dla małej damy będzie również serwis, ozdobiony słodkim motywem.



Na takiej poduszce każda mama będzie miała wesołe sny! A może kubek? Mała Sztuka ma ich mnóstwo w ofercie.





Jeśli spodobały Wam się takie prezenty, zajrzyjcie na fanpage Małej Sztuki oraz na blog.


Każdy, zaprezentowany tutaj, przedmiot jest wyjątkowy. Został stworzony z pasją, poświęceniem, z dbałością o najmniejszy szczegół. Na pewno znacie wielu rękodzielników, wartych polecenia. Nie zapominajcie o nich, kiedy będziecie planować prezenty na komunię, Dzień Matki, czy każdą inną okazję.

 


 







Rozpracować poród- czy to możlliwe?


 15 kwietnia, jak to się mówi "za pięć dwunasta" (a w rzeczywistości o 23:50 ;)), na świat przyszła moja druga córeczka- Zosia. Razem z nią narodziłam się jako mama po raz kolejny. Cudowna chwila, niezapomniana! 
To, co było jeszcze kilka minut temu, nie ma już znaczenia. Ból znika, odchodzi w siną dal, w jego miejsce pojawia się jedyny w swoim rodzaju koktajl uczuć- radość, duma, zdziwienie, miłość, poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Udało się! Wydałam na świat to różowe stworzonko o skórze miękkiej jak aksamit.

Drugi poród- lęk ten sam
Chociaż krążące w moim ciele endorfiny pozwoliły zapomnieć o trudach i mękach, przez które musiałam przejść, aby Zosia była z nami, to potem wspomnienia wracają. Jeśli ktoś myśli, że podchodziłam do porodu na luzie, ponieważ już raz to przeżyłam, to grubo się myli. Przyznam, że bałam się dużo bardziej- właśnie dlatego, że wiedziałam, co mnie czeka.

Każda z nas ma jakieś obawy
Dziewięć miesięcy to z jednej strony mnóstwo czasu, aby spróbować oswoić się z myślami o zbliżającym się porodzie. Ale z drugiej- jak tu się przygotować na ten cud natury? Jeśli to nasz pierwszy raz, obawiamy się nieznanego. Jeżeli to powtórka "z rozrywki", to boimy się, bo wiemy, co może nas spotkać- taka świadomość może zadziałać uspokajająco, ale również paraliżująco (zwłaszcza, kiedy pierwszy poród był ciężki).

Kiedy trzeba udać się do szpitala...
Dodatkowym elementem, potęgującym nasz stres, jest pobyt w szpitalu. Ja tym razem spędziłam w nim pięć dni, zanim urodziłam Zosię. Musiałam położyć się w szpitalnym łóżku wcześniej ze względu na nadciśnienie. Miałam odpocząć, wyciszyć się i unormować ciśnienie, tak aby móc urodzić siłami natury. Tylko jak tutaj się zrelaksować, kiedy w domu zostawiłam swoją Żabkę i męża? Tęskniłam za nimi strasznie, ale postanowiłam wziąć się w garść i skupić się na sobie i Zosi.

Zachować spokój, odciąć się od wszystkiego, co zbędne!
Czy można rozpracować poród? Przyjąć jakąś taktykę? Okazuje się, że tak. Przede wszystkim- spokój. Wiem, jak ciężko go zachować, kiedy nasze koleżanki z sali po kolei lądują na porodówce i po kilku godzinach karmią swoje dzieciątka, a my wciąż czekamy na regularne skurcze lub inne oznaki porodu. Dlatego postanowiłam się maksymalnie odciąć od szpitalnego życia. Z natury jestem nieśmiała, więc nie przełamywałam na siłę lodów i nie zawierałam przyjaźni na oddziale. Rozmawiałam z innymi tylko wtedy, kiedy miałam na to ochotę.

Jak przetrwać w szpitalu?
Godziny spędzone w szpitalu dłużą się niemiłosiernie, dlatego trzeba koniecznie zapewnić sobie ulubione rozrywki. Ale tylko takie takie, które pozwolą nam się zrelaksować i uwolnią nasz mózg od niepotrzebnych myśli. Dziewczyna na mojej sali układała Lego! Ja wyszywałam i oglądałam seriale, później kolorowałam. Na książki wyjątkowo nie miałam ochoty.

Psychika może nam pomóc
Postanowiłam pójść krok dalej i przygotować się na poród z psychologicznego punktu widzenia. Oto kilka wypróbowanych przeze mnie metod- u mnie zadziałały, może i Wam się przydadzą?

1) Wyobraź sobie, jak się otwierasz. Twoje ciało się otwiera. Bez pośpiechu. Jaki symbol do Ciebie przemawia? Może kwiat? Ja otwierałam się jak piękna róża, płatek za płatkiem :)



2) Pomyśl o swoim dzieciątku, jak chcesz je przywitać? Narysuj to! Napisz, co czujesz. Udało mi się namówić mojego męża na taki rysunek- prezent dla Zosi, ale uszanuję wolę autora i nie pokażę go publicznie ;)


3) Wypisz swoje obawy- czego się boisz? Bólu? Nieprzewidzianych sytuacji? A teraz dopisz do każdego lęku odpowiedzi- jak możesz poradzić sobie z tym strachem? Kto może Ci pomóc? Zaznacz najważniejsze kontrargumenty i przypominaj je sobie, zawsze kiedy pomyślisz o swoich lękach.



4) Spójrz na poród z innej strony. Zazwyczaj mówimy: chcę, żeby już było po wszystkim! Przykładamy do samego porodu zbyt dużą wagę. A tak naprawdę jest to kolejny etap, naturalna konsekwencja ciąży. Poród to nie meta, to start w nowe życie. Pomyślmy o porodzie, jak o kolejnej rzeczy, przez którą musimy przejść- w ciąży dokuczały nam różne dolegliwości, z których udało nam się wyjść. Tak będzie i tym razem. A jakie są Twoje przemyślenia na temat porodu?


Moje ćwiczenia to propozycje dla osób, które wierzą, że nasza psychika może nam pomóc. Jeśli na co dzień lubicie planować, wizualizować swoją przyszłość, macie zaufanie do swojego ciała i chcecie z nim współdziałać, to te zadania na pewno Wam pomogą. A może wymyślicie własne sposoby na przepracowanie porodu? Jestem bardzo ciekawa Waszych pomysłów  :)

Dla niedowiarków: Przez pięć dni "otwierałam się" we własnym tempie. Wymyślałam i wykonywałam te ćwiczenia, relaksowałam się w miarę możliwości. Piątego dnia rano byłam badana przez lekarza i nic nie wskazywało na rychłe rozwiązanie. Tymczasem, wieczorem pojawiły się regularne silne skurcze. Była godzina 22:00. Zosia pojawiła się na świecie o 23:50 :)