Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

"Chciałam sobie udowodnić, że nie jestem TYLKO mamą, ale kimś więcej"- wywiad z Marzeną Gaczoł, autorką bloga "Matka Puchatka"


Dzisiejszą rozmówczynię- kobietę, która mnie inspiruje, poznałam jeszcze na studiach. Mamy wspólną znajomą, którą serdecznie pozdrawiam, jeśli tylko to czyta! Co tu dużo kryć, to były czasy wiecznych imprez ;) Potem życie zaczęło się toczyć zupełnie innym rytmem, nasze drogi się rozeszły i znajomość się urwała. Aż któregoś jesiennego dnia odkryłam, że Marzena prowadzi blog. Zaczęłam ją śledzić ;) Dowiedziałam się o niej mnóstwo ciekawych rzeczy! Marzena, choć Wy znacie ją pod nazwą "Matka Puchatka", jest mamą, polonistką z wykształcenia, a także surdopedagogiem, edytorką tekstów i copywriterką, prowadzi blog. I namiętnie czyta! 

Zacznijmy od szczerego wyznania: to kiedy Ty właściwie śpisz?
Marzena: Dobre pytanie i tu mnie masz! Śpię niewiele, bo ok. 3-4 godzin na dobę, przeważnie między 4:00 a 8:00. Uprzedzę kolejne pytania: funkcjonuję normalnie, nie jestem zmęczona, wysypiam się i nie uznaję drzemek w ciągu dnia – nie mam nawet na nie czasu. Niestety doba jest dla mnie nadal za krótka! 


W zeszłym roku przeczytałam raptem kilka książek, Ty przekroczyłaś setkę, o ile dobrze pamiętam. Mamy miesiąc maj, a Ty już jesteś bliska magicznej liczby 100- jak to robisz? Skończyłaś kurs szybkiego czytania?

Marzena: Nie skończyłam kursu, nie przeczytałam, nawet żadnej książki na ten temat. Najlepszą szkołę szybkiego czytania (albo przetrwania) dała mi uczelnia – studiowałam polonistykę, więc, po prostu trzeba było wykreślać kolejne tytuły z listy lektur, a przy okazji nadrobić zaległości z liceum – wtedy nie byłam taka obowiązkowa. Umiejętność szybkiego czytania jest do nabycia, trzeba po prostu trenować – czytać w ogóle :) W tamtym czasie nie skusiłam się jednak na nic ponadto, co było obowiązkowe. Z czasem wróciłam do czytania dla przyjemności. A kiedy czytam? W tzw. międzyczasie: gdy nie pracuję, nie zajmuję się córą i oczywiście, patrz punkt pierwszy, kiedy nie śpię :)
 

Zadam Ci teraz pytanie, które pewnie nie raz słyszysz- jaka jest Twoja ulubiona książka?
Marzena: Czasem wydaje mi się, że gdybym miała mniejszy „przebieg”, potrafiłabym taką wskazać. Dzisiaj jest to niemożliwe, bo lista tych, które mnie zachwycają i robią na mnie wrażenie wciąż się powiększa. Ostatnio do tej listy doszła „Dziewczyna z sąsiedztwa” J. Ketchuma, ale też książki Jarosława. Mimo wszystko często wracam też do starszych publikacji, np. do fantastyki w wykonaniu Elizabeth Haydon czy do „Mechanicznej pomarańczy” (ze względu na język). Pomieszanie z poplątaniem i na tym skończę, bo mogłabym jeszcze sporo ulubionych książek wymienić. Uznajmy, że ulubionej książki nie mam, ale wytrwale takiej poszukuję.


Opowiedz mi, proszę, o Twoim doświadczeniu zawodowym. Jesteś surdopedagogiem. To bardzo ciekawy kierunek. Skąd ten pomysł?
Marzena: Może to zabrzmi patetycznie, ale studia podyplomowe zaczęłam ze względu na chęć odkrycia „nieznanego”. Świat ciszy fascynował mnie od zawsze, miganie pociągało i urzekało lekkością… Możliwość porozumienia się z kimś za pomocą gestów, mimiki oraz układu palców to nie lada wyzwanie, które uczy pokory. Świat Głuchych jest zamknięty dla słyszących, a ja po prostu miałam nadzieję, że uda mi się stanąć przynajmniej w drzwiach i rozejrzeć się nieco z progu.

Poza tym to zawsze dodatkowe kwalifikacje – mogę uczyć języka polskiego w PJM albo w SJM :) Niestety nie udało mi się znaleźć zatrudnienia w szkole, więc na razie spełniam się inaczej – udzielam korepetycji dzieciakom niedosłyszącym, migam ze znajomymi, uczę córę! A co będzie potem, czas pokaże.
 

Zajmujesz się również korektą tekstów oraz copywritingiem. Podpowiedz innym, jak szukasz zleceń? Od czego zacząć zarabianie na pisaniu tekstów? Jakie miałabyś rady na dobry początek?

Marzena: Na początku szukałam zleceń w sieci – byłam zarejestrowana na kilkunastu stronach z ofertami, brałam, co było do wzięcia. To pozwoliło mi na podszkolenie się z terminowego pisania różnorodnych tekstów (od precli po artykuły specjalistyczne). Obecnie polegam, przede wszystkim, na „poczcie pantoflowej” – osoby czy firmy, z którymi współpracowałam, polecają mnie znajomym i rodzinie. Z niektórymi „znamy się” od lat, inni wracają, pojawiają się też nowe zlecenia. Często robię korekty prac magisterskich – przeważnie z polecenia. W każdym razie na brak zajęć nie narzekam.

Od czego zaczęłam? Od uwierzenia we własne możliwości i przyswojenia zasad, którymi rządzi się copywriting czy zaprzyjaźnienia się z SEO. Początki są trudne, ale trening czyni mistrza. Trzeba po prostu zacząć pisać – systematycznie, uparcie i czasem za grosze. To takie moje małe hobby: tylko tekst i ja. Trzeba po prostu lubić dłubanie w tekście.
 

Zdradzisz nam, o czym będzie Twoja książka?
Marzena: Nie wiem, czy kiedykolwiek napiszę tę książkę. Wszyscy mówią, że powinnam, ale nie jestem przekonana. Wydaje mi się, że po prostu niektórzy są stworzeni do czytania, a inni dostarczają im „materiału”. Jestem chyba po prostu lepszym czytelnikiem niż autorem – do napisania książki potrzeba odwagi, której mi jeszcze brakuje.

Realny plan jest poza beletrystyką – myślałam o publikacji z zakresu bobomigów, czyli o czymś w surdopedagogicznych klimatach z pożytkiem dla dzieci słyszących. Wiem, że niewielu rodziców słyszało o tej metodzie porozumiewania się z niemowlakami, więc wydaje mi się, że warto poruszyć ten temat. Badania przede mną!

Ja również mało słyszałam o bobomigach, mam jeszcze Twój post na ten temat do nadrobienia;) Dlatego z niecierpliwością będę czekać na książkę! Skąd pomysł, aby prowadzić blog? Od czego się zaczęło?
 

Marzena: Pierwszy wpis pojawił się na moim blogu 24 października 2015 roku – data ważna dla mnie i mojej puchatości, z którą postanowiłam się wtedy pożegnać. Puchatość troszkę się skurczyła, moje skrzydełka w tym czasie urosły, więc równowaga w przyrodzie została zachowana. Chyba po prostu potrzebowałam mieć coś tylko swojego, marzyła mi się mała odskocznia od codzienności – miejsce, w którym mogłabym pisać o książkach, o walce z puchatością, czasem coś o macierzyństwie czy o innych ważnych sprawach… Chciałam podzielić się z kimś sposobem na skręcenie ptaka albo pokazać, że można zrobić coś z niczego. No i podrzucić czasem jakiś przepis na błyskawiczną zdrową przekąskę czy na niezdrowe słodkości. Chciałam sobie udowodnić, że nie jestem TYLKO mamą, ale kimś więcej, a blog miał mnie zmotywować do odkrycia tej lepszej wersji, która gdzieś tam we mnie siedzi.

Twój blog ma mnóstwo fanów, a Twoje posty motywują również innych- dobra robota! Życzę Ci odwagi i determinacji, abyś mogła spełnić wszystkie swoje marzenia. 



Marzenę spotkacie na jej blogu, a także na portalach społecznościowych:

http://matkapuchatka.blogspot.com/

https://web.facebook.com/matkapuchtka   





Dlaczego powinnaś być niezależna?


Czy to możliwe, że w dzisiejszym świecie wykształcone i mądre kobiety mogą być uzależnione ekonomicznie od swoich partnerów? Co sprawia, że dobrowolnie tkwią w takich chorych układach? Dlaczego warto być niezależną w każdej sytuacji?

Niezależność to dzisiaj słowo- klucz. Możemy znaleźć mnóstwo artykułów oraz porad, jak stać się niezależną. Czyli jaką? Przede wszystkim wolną. Niezależność to wolność, dlatego musimy zrobić dla niej miejsce w naszym życiu.

Może nam się wydawać, że już to osiągnęłyśmy. Samodzielnie podejmujemy najważniejsze dla nas decyzje, nie ulegamy naciskom, mamy własne zdanie i to ono jest dla nas najważniejsze- a nie to, co myślą inni. Myślimy nowocześnie, idziemy z duchem czasu, jesteśmy otwarte na świat!

A teraz przypomnijmy sobie ostatnie odcinki „Seksu w wielkim mieście”. Zakochana Carrie dla mężczyzny porzuca swoje dotychczasowe życie, rezygnuje z pracy, którą kocha, opuszcza przyjaciółki... Związek jednak szybko się kończy i gdyby nie Mr. Big, bohaterka zostałaby zupełnie na lodzie. Następuje happy end. A potem oglądamy kontynuację serialu, w której Carrie znowu stawia wszystko na jedną kartę i sprzedaje własne mieszkanie, aby uwić gniazdo z narzeczonym. I znowu los z niej zakpił! Ślub odwołany, mieszkanie cudem udaje się odzyskać, ale niesmak pozostaje.

Jak to możliwe, że taka nowoczesna kobieta, jak Carrie Bradshaw, ikona wielkomiejskiego życia, daje się podporządkować swojemu partnerowi, również ekonomicznie?

W styczniu na portalu ohme.pl ukazał się artykuł (TUTAJ) o kobiecie, która dała się zniewolić partnerowi. Również ekonomicznie. Mąż, który świetnie zarabiał, nie dopuszczał jej do pieniędzy. Sam płacił rachunki, robił zakupy. Dochodziło do tego, że bohaterka musiała brać w pobliskim sklepie żywność „na kreskę”, choć mieszkała w pięknym, dużym domu z ogrodem.

Na pewno znacie wiele podobnych historii. Może same byłyście ofiarami przemocy ekonomicznej? Dlatego na pewno zgodzicie się ze mną, że niezależność ekonomiczna to podstawa, zwłaszcza, kiedy pojawiają się dzieci.

Niezależność ekonomiczna to:

 Wolność

Jesteście w szczęśliwym związku i myślicie, że ten problem Was nie dotyczy? Jaką jednak macie pewność, że to relacja na całe życie? Możemy mieć nadzieję, możemy się starać i dbać o miłość, ale nie jesteśmy przewidzieć wszystkich możliwych scenariuszy. Co się stanie z Wami, jeśli te wykrzyczane w złości słowa będą Waszą ostatnią rozmową z partnerem? Zastanawiałyście się kiedyś na tym, dokąd się udacie? Za co wynajmiecie mieszkanie dla siebie (i dzieci)? Z czego będziecie żyć? Bohaterka artykułu, o którym pisałam wyżej, nie miała nawet na bilet...

Satysfakcja i rozwój

Nie chodzi tylko o to, aby mieć pieniądze w razie rozstania, ponieważ żadna z nas nie zakłada z góry, że jej małżeństwo się rozpadnie. Już sama świadomość, że zarabiamy na własne potrzeby i nie musimy prosić męża o drobne na waciki, poprawia nam humor. Jeśli dodatkowo robimy to, co kochamy, nasza samoocena szybuje w górę, a my rozkwitamy. Nagle odkrywamy tysiąc nowych dróg i możliwości! Rozwijamy się i wzbogacamy wewnętrznie.

Związek partnerski

Kiedy pracujemy i dokładamy się do domowego budżetu, mamy prawo wymagać od naszego partnera podziału obowiązków. Jeśli dotychczas nasz ukochany migał się od prac domowych oraz od opieki nad dziećmi, tłumacząc, że to on zarabia na rodzinę, to teraz wytrącamy mu ten oręż z dłoni. Będzie to z pewnością sprawdzian dla związku. Okaże się, czy nasz partner jest rzeczywiście tak nowoczesny w poglądach, jak dotąd utrzymywał, czy jednak bardziej odpowiada mu tradycyjny model rodziny?

Szczęśliwa rodzina

Tyle już o tym pisano, że nie wiem, czy przełkniecie taki banał, ale... szczęśliwa mama, to nie tylko szczęśliwe dzieci- cała rodzina na tym korzysta! Kiedy zarabiamy na własne potrzeby, czujemy się pewne siebie i po prostu szczęśliwe. Zaczynamy o siebie dbać i to nie tylko o naszą zewnętrzną powłokę. Odkrywamy dobrodziejstwa zdrowego egoizmu, troszczymy się o własne potrzeby i co raz głośniej mówimy o tym, co nam przeszkadza. A to bardzo oczyszcza domową atmosferę. I choć na początku domownikom może się nie spodobać nowa sytuacja (nagle mama i żona nie jest na każde ich zawołanie, ponieważ, o zgrozo!, ma własne ważne sprawy), to po czasie z pewnością docenią taki układ.



Oswoić emocje- czy to możliwe?


Oto temat, który wzbudzi na pewno wiele emocji. Całkiem możliwe, że będzie czytać mój wpis z emocjami, wypisanymi na twarzy. Tylko nie dajcie się za bardzo ponieść emocjom! Trzymajcie swoje emocje na wodzy!

Ten króciutki wstęp, moja zabawa językowa (Spokojnie! Słowo „emocje” celowo pojawia się tutaj w nadmiarze- znam zasady tworzenia tekstów :)), ma na celu pokazać, jak ważne miejsce w naszym życiu mają emocje i jak często o nich mówimy. Są z nami od narodzin, zmagamy się z nimi całe życie. Często zrzucamy na emocje swoje niepowodzenia, czy porażki. Traktujemy je jako usprawiedliwienie dla naszych działań.

Czasami postrzegamy emocje jako potężne siły, które kierują naszym życiem. Bezlitosne żywioły, którym nie potrafimy się przeciwstawić. Wydaje nam się, że sterują i bawią się nami, jak okrutni bogowie na górze Olimp. Tymczasem, emocje możemy oswoić. Nawet powinniśmy to zrobić. Dlaczego? Oto kilka powodów.

Emocje są z nami od początku
I nie mam tutaj na myśli tylko chwili naszych narodzin. To sięga o wiele głębiej. Nasze emocje to tak naprawdę zakodowana pamięć przodków, mają one charakter ewolucyjny. Podstawowe emocje wykształciły się ze względu na ich wartość adaptacyjną w rozwiązywaniu podstawowych zadań życiowych. Każda emocja popycha nas w tym kierunku, który w trakcie ewolucji służył nam lepiej niż inne w rozwiązywaniu powtarzających się sytuacji. Warto dodać, że emocje są charakterystyczne dla wszystkich naczelnych.
Skoro są to zachowania tak silnie zakorzenione, może warto się z nimi zaprzyjaźnić?

Wszystkie emocje są potrzebne
Każda emocja motywuje nas do działania. Jakie to będzie działanie i jak wpłynie ono na nasze życie- to zależy od nas. Dlatego nie należy dzielić emocji na te dobre i złe. Potrzebujemy zarówno radości, jak i smutku. Warto zatem poznać istotę każdej emocji, po to, by nauczyć się z nią żyć i wykorzystywać ją zawsze z korzyścią dla siebie.

Inteligencja emocjonalna gwarancją sukcesu
Prawdopodobnie już wiecie, że wysoki iloraz inteligencji wcale nie jest potrzebny, aby osiągnąć sukces. Dużo więcej można zdziałać pracowitością, systematycznością i skutecznym zarządzaniem sobą w czasie. Jeżeli dołożymy do tego jeszcze wysoko rozwiniętą inteligencję emocjonalną, to cały świat stoi przed nami otworem. Wszyscy posiadamy zdolności emocjonalne, które determinują sposób postępowania wobec siebie oraz wobec innych. To leży w naturze człowieka. Czasami jednak nie są one wystarczająco ukształtowane. Warto rozwijać je zarówno u siebie, jak i u swoich dzieci.

Oswoić emocje- to osiągnąć równowagę emocjonalną w naszym życiu. To samokontrola, pewność siebie, zdolność motywacji, umiejętność regulowania nastroju oraz niepoddawania się czarnym myślom, które skutecznie odciągają nas od wyznaczonego celu. To również empatia oraz szacunek dla innych. Oswajając się z emocjami, jesteśmy w stanie zachować zdrowie i szczęście, a także osiągnąć powodzenie.

Jesteście gotowi, by oswoić swoje emocje? :)
To wstęp do serii artykułów na temat emocji- jeśli macie ochotę na więcej, zapraszam! 





Mama wraca do szkoły- prawdziwe historie, które dodadzą ci skrzydeł



Kilka miesięcy temu postanowiłam wrócić na studia. Było to dla mnie duże przeżycie, ponieważ swoją edukację zakończyłam w 2010 roku, a pracę obroniłam w 2012. Wypadłam z obiegu na wiele lat. Zapomniałam już, jak to jest- czytać ze zrozumieniem notatki, przygotowywać prace zaliczeniowe, uczyć się do egzaminów. Czuję się tak, jakby mój mózg był z betonu i nie chciał już przyswoić żadnej wiedzy. Wierzę, że to tylko przejściowy etap. Muszę rozgrzać swoje szare komórki, tak jak silnik w samochodzie zimową porą. Potem już pójdzie z górki.

Dlaczego powinnaś to zrobić?
Jesteś w ciąży lub masz już dziecko i chcesz wrócić do nauki? A może pragniesz rozpocząć studia, o których marzyłaś?

Zrób to! Dlaczego?
- wiedza to jedna z cenniejszych rzeczy, jakie posiadamy; coś, czego nikt nam nie odbierze!
- podnosząc swoje kwalifikacje, zwiększasz swoje szanse na znalezienie wymarzonej/lepszej pracy
- dajesz piękny przykład dziecku; pokazujesz, że można zawalczyć o swoje marzenia
- robisz to dla siebie; z pewnością na to zasługujesz
- twoja samoocena skacze w górę; udowadniasz sobie, że potrafisz
- uniezależniasz się od swojego męża/partnera; on zaczyna cię postrzegać w zupełnie nowy sposób
Z pewnością mogłabyś dopisać tutaj jeszcze mnóstwo innych powodów. Co cię jeszcze powstrzymuje?

Najczęstsze dylematy matek
Zapewne masz mnóstwo wątpliwości. Martwisz się, czy dasz sobie ze wszystkim radę:
- jak pogodzisz naukę z wychowaniem dziecka i prowadzeniem domu (a także z pracą)?
- co zrobisz z maluchem, kiedy będziesz jeździć na zajęcia lub weekendowe zjazdy?
- kiedy będziesz się uczyć?
- czy rodzina wesprze cię w twoich dążeniach?
- skąd znajdziesz na to wszystko siłę?

Poznaj historie tych kobiet- im się udało!
Tym razem nie mam dla ciebie żadnych gotowych rozwiązań. Poszukaj inspiracji w historiach tych dzielnych kobiet. Kiedy czytałam o ich poświęceniu, wytrwałości, konsekwencji-  miałam ogromne wyrzuty sumienia, że sama zwalam wszystko na brak czasu i odkładam naukę na później ;)

Pani Miniaturowa

Gdy tylko urodziłam, bliscy powiedzieli mi, że nie mogę robić sobie zbyt dużej przerwy w nauce, bo wypadnę z obiegu i będzie mi ciężej wrócić. Byli jak najbardziej za tym, abym poszła na studia, obiecali pomoc. Uznałam, że pewnie mają rację, dlatego zapisałam się na studia, gdy mały miał kilka miesięcy. Rok akademicki zaczął się, gdy mój synek miał niespełna 11 miesięcy, ale nie żałuję mojej decyzji. Studiowałam dziennie, dlatego zajęcia miałam codziennie, w różnych godzinach, często od 8 do 18 z dziwnymi przerwami. Na szczęście uczelnia była w moim mieście, choć niektóre jej budynki były "na krańcu świata", gdzie dojeżdżałam dwoma, trzema autobusami. To mnie zmobilizowało, żeby w trakcie wakacji między pierwszym, a drugim rokiem zrobić sobie prawo jazdy. Dawałam sobie radę dzięki pomocy moich rodziców i babci, która zajmowała się moim synkiem. Dzięki niej nie musiałam notorycznie "wagarować", brałam udział w praktycznie wszystkich wykładach, ćwiczeniach i laboratoriach, co odzwierciedliło się w dobrych ocenach. Ja zwyczajnie nie miałam czasu NA POPRAWKI, dlatego uczyłam się kiedy tylko się da, co niestety było dość trudne. Miałam na głowie wszystkie obowiązki "dorosłych": dom, zakupy, rachunki, sprzątanie, pranie, dziecko...no i studia. Oczywiście na tyle ile się dało, wspierał mnie w tym tatuś małego. Myślę, że gdyby nie rodzina, nigdy nie dałabym sobie rady sama, nie zdobyłabym wyższego wykształcenia, a co za tym idzie, byłabym bezrobotną mamą, lub pracowałabym w zawodzie niedostosowanym do moich potrzeb jako osoby niepełnosprawnej fizycznie. okresami na studiach były oczywiście sesje, gdy zdarzały się trzy egzaminy w ciągu jednego dnia, a mały akurat zachorował. To były najgorsze momenty, bo nie wiedziałam już w co ręce włożyć, dziecko płacze, ma gorączkę, stos naczyń pleśnieje w zlewie, nie ma pomysłu na obiad na następny dzień, a czeka nauka na trudny egzamin. Ale jakoś zawsze mi się udawało, miałam średnią bliską uzyskania stypendium naukowego, lecz niestety ostatecznie nigdy nie udało mi się go dostać, bo za każdym razem uczelnia podwyższała próg minimalny. Ale i to udało mi się przeżyć, przetrwać, przezwyciężyć. Uważam, że opłacało się te pięć lat troszkę pomęczyć, bo zaledwie dwa tygodnie po obronie pracy magisterskiej dostałam pracę, w której pracuję do dziś. Życzę wszystkim młodym mamom tyle samo szczęścia ile ja miałam i wspaniałych bliskich, którzy zawsze chętnie pomogą w potrzebie.

Oli Loli New Life

W ciążę zaszłam 3 miesiące po ślubie, dopiero co wynajęliśmy malutką kawalerkę, byłam na 2 roku studiów magisterskich. Dodatkowo zaczęłam studia podyplomowe więc od poniedziałku do piątku siedziałam w pracy, a KAŻDY weekend na uczelni. Zjazdy na magisterce i podyplomówce były na zmianę więc właściwie 7 dni w tygodniu byłam na chodzie. Gdy urodził się Oliś życie nas (a właściwie Jego) bardzo doświadczyło. Tuż po porodzie okazało się, że ma wrodzoną wadę serca zagrażającą Jego życiu. W trybie pilnym operowany w Warszawie, potem pod stałą kontrolą. Gdy zaczął się październik wróciłam na uczelnię - małym w weekendy zajmował się mój mąż lub mama. W pewnym momencie Oliwier trafił do szpitala więc biegałam w tą i z powrotem. Rodzina bardzo mnie wspierała, wykładowcy również. Informacja o tym, co się u mnie dzieje szybko się rozeszła i nawet wykładowca - psycholog proponował mi pomoc i wsparcie. Rodzina nie miała nic przeciw bym dalej się uczyła - wszyscy bardzo mnie wspierali i pomagali gdy tylko potrzebowałam pomocy. Szczególnie dopingował mnie tata, dzięki Niemu stałam się ambitna i uparta w dążeniu do celu. Zawsze też mogłam liczyć na wsparcie męża. Mnie osobiście bolało, że musiałam małego zostawiać w szpitalu i biegać na uczelnię - inne sytuacje były naturalne, ale szpital odcisnął na mnie swoiste piętno. Teraz chodzę na kurs niemieckiego. Mieszkam w Szwajcarii, więc nie mam z kim zostawić syna - na szczęście moja szkoła organizuje kursy dla matek z dziećmi, więc Oliś chodzi ze mną. Mało uczę się w domu, jeśli już to zawsze robiłam to wieczorami - nawet do 1:00 czy 2:00. Nie mam większych kłopotów z przyswajaniem wiedzy, więc nie miałam kłopotów związanych z brakiem czasu.

Milliehome

Zacznę od tego, że wiele (Jezu, jak ten czas leci!) lat temu przerwałam studia. Powody oczywiście błahe i nie cieszące się przejawami dojrzałości. Rok temu wróciłam na studia, ale już jako mama 8 miesięcznej Zosi. Nie było łatwo, bo ambitnie i chyba podświadomie karząc się za lata naukowego 'nic nie robienia', w jeden semestr postanowiłam zaliczyć ilość przedmiotów bliską 2 lat. Czekało mnie 40 różnych form zaliczeń, prac pisemnych, prezentacji, projektów grupowych i egzaminów. Do tego nie byłam w stanie uczęszczać do szkoły tylko zaocznie, więc musiałam zmierzyć się ze studiami w trybie dziennym. Nie było to łatwe wrócić do jednej ławki z osobami o blisko 10 lat młodszymi, ale (to dobrze, czy źle?) szybko się odnalazłam J  Miałam to szczęście, że moja szkoła znajduje się blisko domu babci Zosi, gdzie uwielbiała zostawać i nie zauważała mojej nieobecności (ach, te Babcie!) Uczyłam się głównie wieczorami, ale też w parku na kocu i gdzie tylko się dało. Jedną z prac pisaliśmy z mężem razem, takim oto jest wsparciem J Niezastąpiony w sytuacjach podbramkowych J  W tym roku jest już dużo łatwiej, zjazdów nie ma prawie wcale, prac mniej.. i zaczynam się rozleniwiać.. Wniosek nasuwa mi się na myśl jeden- im więcej mamy do zrobienia tym więcej uda nam się zrobić J

Z filiżanką kawy

Zaszłam w ciążę na "czwartym" roku studiów czyli na pierwszym roku magisterki. Studiowałam wtedy dziennie, a termin porodu miałam na październik, dokładnie wtedy gdy zaczynał się drugi czyli ostatni rok studiów magisterskich. Studiowałam dziennie: zarządzanie na UJ. Ponieważ zawsze miałam bardzo dobre wyniki bez problemu udało się mi się załatwić ITS (indywidualny tok studiów)- nie musiałam więc przyjeżdżać na ćwiczenia i wykłady- zaliczałam to eksternistycznie, ale rzadziej niż dwa razy w miesiącu. Będąc w ciąży dosyć źle się czułam, w dodatku zwaliło się na nas mnóstwo problemów- nie mówiąc o niespodziewanej ciąży. Bardzo się stresowałam (czekała mnie przeprowadzka 150 km do rodziny, bo mąż znalazł pracę w zupełnie innym województwie) a wizja kończenia studiów z dzieckiem u boku trochę mnie przerażała. Mimo wszystko udało się bez problemu ukończyć czwarty rok, zdałam nawet w czerwcu certyfikat CAE i w wakacje przenieśliśmy się do Żywca. Miałam rodzić w Krakowie- to też nie wyszło i w końcu rodziłam w Bielsku-Białej. Lekarze zbyt długo zwlekali z cesarką i w efekcie po porodzie córka była zainfekowana bakterią Ecoli, zdiagnozowano u niej wzmożone napięcie mięśniowe i przez 8 miesięcy czekało nas pasmo wizyt u lekarzy, rehabilitacje, ćwiczenia itp. W tym czasie musiałam się uczyć do egzaminów i pisać magisterkę, Oczywiście, byłam z dala od rodziny i jakiejkolwiek pomocy, nie mogłam liczyć na babcię, ciotkę, nawet koleżankę, bo w Żywcu nie znałam nikogo. Mąż pracował po 10 godzin dziennie, a ja musiałam prać, gotować, sprzątać, prasować sterty ubranek, uczyć się i opiekować dzieckiem. Jakoś dałam radę, ale bardzo schudłam i podupadłam na zdrowiu, niestety był to dla mojego organizmu zbyt duży wysiłek. Pracę magisterską obroniłam prawie w terminie (w wakacje leżałam w szpitalu w związku z problemami zdrowotnymi), więc obronę przesunęłam na listopad. Niemniej jednak udało się, obroniłam się na 5. Jak? Bo bardzo tego chciałam. Mówiąc, że pisałam magisterkę i uczyłam się do obu sesji z dzieckiem na kolanach ani trochę nie przesadzam. Córcię miałam oporną na spanie, więc z reguły uczyłam się recytując jej notatki i książki niczym bajeczki czy wierszyki. Po tym mega intensywnym roku miałam dosyć, bardzo dosyć, ale po dwóch latach znów zachciało mi się nauki i poszłam na podyplomowe studia pedagogiczne. Tym razem było z górki. Córcia była już mądrą dziewczynką, a tata wtedy już zwykle pracował po 8 godzin. Zjazdy miałam co dwa tygodnie: w soboty i niedziele. Melania zostawała z tatą i świetnie się bawili, a ja uczyłam się i pisałam prace zaliczeniowe wtedy gdy córka była w przedszkolu. Rodzina zawsze wspierała mnie w moich dążeniach do zdobywania wiedzy, kibicowali mi na odległość, mąż podobnie, choć on zdecydowanie czynniej brał udział we wspieraniu mnie J Ja jestem raczej takim typem zdolnej, solidnej, wzorowej uczennicy- to mi już zostało. Mam to szczęście, że błyskawicznie się uczę, szybko zapamiętuję i mam dobre zaplecze z liceum i ze studiów licencjackich (przeważnie jest tak, że większość rzeczy już gdzieś słyszałam lub czytałam). Poza tym, jestem uparta i mam silne poczucie obowiązku, jak już się czegoś podejmę- to zwykle to kończę. Odkąd zaczęłam prowadzić bloga, doszłam do tego co naprawdę chcę w życiu robić i wiem, że to musi mieć związek z moją pasją czyli blogiem i fotografią. Na blogera nie trzeba mieć papierka, ale fotografowi każdy się przyda więc... Kilka dni temu złożyłam papiery na kurs zawodowy na fototechnika i czekam, aż uzbiera się grupa i kurs ruszy J

Mama 24h

Jedne studia magisterskie skończyłam w marcu zeszłego roku, trzy tygodnie przed porodem J Teraz robię drugie studia magisterskie z logopedii. Wybrałam KNO, czyli kształcenie na odległość ze względu na małą ilość zjazdów. Niestety, okazało się, że nie będzie tak kolorowo. Jako że kierunek jest ciężki, w pierwszym roku mamy 16 zjazdów, to bardzo dużo. Zjazdy mam w soboty i niedziele, a ich częstotliwość jest różna. Czasami jeden weekend zjazd, później weekend wolny albo trzy zjazdy pod rząd. W tym czasie z Zosią zostaje tatą albo jedną z babć J Na te studia pchnął mnie właśnie tata Zosi. Chce, żebym otworzyła własny gabinet i mogła pracować w domu. W końcu się zgodziłam i tak oto dalej się edukuje :D Czas na naukę jest wieczorami, gdy Zosia już śpi, ale jestem tak zmęczona, że często notatki zlewają mi się w jedną całość - to chyba największa trudność w uczeniu się z dzieckiem w domu. I ilość zjazdów - masakrycznie dużo! Ale trzeba przetrwać J

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Nigdy też nie będzie właściwego momentu na rozpoczęcie nauki.  Mam nadzieję, że poniższe przykłady tylko utwierdzą cię w podjęciu tej decyzji i za jakiś czas napiszesz mi, że było warto :)

Dziękuję z całego serca Dziewczynom za to, że zgodziły się opowiedzieć mi swoje historie- nie zapomnijcie zajrzeć do nich!




Nie obawiaj się zmiany- otwórz się na nowe wyzwania



Zmiany wzbogacają nasze życie. Kolejna ścieżka, którą dopiero przecieramy, to nowe możliwości. Otwórzmy się na nie. Nie bójmy się zaryzykować, nawet jeśli na końcu okaże się, że nie tędy droga. Zebrane doświadczenia na pewno zaprocentują w przyszłości.

Nie uciekajmy od podejmowania decyzji
Całe nasze życie składa się z rozmaitych decyzji. Tych na pozór błahych: co dzisiaj na obiad?, jaki kolor sukienki? Ale również tych ważnych, które kierują naszą przyszłością. Ostatnio pisałam o odpowiedzialności (ZOBACZ)- nikt nie zdejmie z nas tego ciężaru. Nawet jeśli oddamy stery naszego życia w cudze ręce, zawsze my będziemy ponosić konsekwencje.

Szukajmy własnej drogi cierpliwie
Poszukiwanie życiowej drogi to długotrwały proces. Być może udało ci się trafić w dziesiątkę za pierwszym razem- to cudownie! Jeśli jednak wciąż nie jesteśmy pewne, w którą stronę pokierować nasze życie, musimy uzbroić się w cierpliwość.

Kiedy pojawia się właściwy moment, zaryzykujmy
Nie bójmy się zaryzykować. Dopóki nie sprawdzimy się w jakiejś roli, nie dowiemy się, czy ona jest dla nas. A może to właśnie "ta jedyna"? Co, jeśli taka szansa już się nie powtórzy. Czy możemy sobie pozwolić na takie marnotrawstwo okazji?

Zmieniajmy nasze życie z rozwagą
Kiedy mamy na utrzymaniu rodzinę jest to ryzyko kontrolowane, ponieważ czujemy się odpowiedzialne za ludzi, których kochamy. Jeśli zmiana łączy się z uszczupleniem domowego budżetu, to zróbmy wszystko, aby nasi najbliżsi tego nie odczuli. Zrezygnujmy ze swoich drobnych przyjemności, ale nie przekreślajmy naszych celów.

Nie obwiniajmy się za "stracony czas"
Jeśli czujemy, że musimy zmienić swoje życie o 180 stopni, nie żałujmy "straconego czasu". Niczego nie straciłyśmy. Zyskałyśmy tylko mnóstwo doświadczeń. Jesteśmy mądrzejsze! Nie popełnimy już tych samych błędów.


Planowania można się nauczyć- sprawdźmy, jak może zmienić się nasza efektywność dzięki tworzeniu planów

Planowanie to sztuka, której każdy może się nauczyć, jeśli tylko tego chce. Musisz być przekonana do takiej metody, inaczej wszelkie listy będą cię tylko niepotrzebnie stresować. Zanim jednak zdecydowanie ją odrzucisz, sprawdź, jak to się u ciebie sprawdza w praniu. Może właśnie tego elementu organizacji brakuje tobie na co dzień?



Dlaczego planowanie jest takie ważne?

Czy zastanawiałyście się kiedyś, dlaczego jedni ludzie osiągają w życiu tak wiele („wiele” jest tutaj pojęciem względnym i to wy decydujecie o tym, ile w sobie zawiera), a inni wciąż tylko marzą i tkwią w martwym punkcie? Ci pierwsi wcale nie muszą być bardziej utalentowani, czy pracowici. Oni potrafią przekuć marzenia w cele, które są osiągalne i mają określony termin realizacji.



Dlaczego powinnyśmy spisać nasze cele?

Kiedy zapiszemy nasze cele i marzenia, nagle przybierają one materialny wymiar. Już nie są tylko ulotną myślą, ale wyraźnym kształtem, na razie złożonym z liter. To, co jest już napisane, jeszcze silniej działa na naszą wyobraźnie- możemy dopisać kolejne podpunkty i uporządkować chaotyczne myśli.



Dlaczego nie udaje nam się dotrzymywać założeń planu?

Każda z nas jest inna. Może twórczy chaos bardziej cię motywuje? Na widok tabelek, list i terminarzy dostajesz gęsiej skórki? Nic na siłę! Prawdopodobnie ta metoda organizacji czasu nie jest stworzona dla ciebie, co wcale nie oznacza, że jesteś na straconej pozycji. Planowanie tylko wtedy ma sens, kiedy czujesz, że jest ci potrzebne.



Dlaczego planowanie jest takie trudne?

Planowania trzeba się nauczyć. Zanim znajdziemy tę właściwą metodę, z pewnością po drodze popełnimy wiele błędów. I bardzo dobrze! Tej wiedzy nie osiągniemy w jeden wieczór, kiedy to wyciągamy terminarz i zapełniamy go zadaniami na kolejne dni i miesiące. Plan zawsze musi być dostosowany do naszego życia, nie odwrotnie.



Zabawę z planowaniem zaczęłam od spisania celów na grudzień i już natknęłam się na pierwsze trudności. Przede wszystkim, wypisałam zbyt dużo zadań. Nie uwzględniałam wielu czynników (opieka nad dzieckiem, prowadzenie domu, odpoczynek!). Ale nie wyrzuciłam planu do kosza. Po prostu, po pierwszym tygodniu przeniosłam część zadań na kolejne dni, a nawet miesiące.



Dlaczego planowanie może być takie fajne?

Kiedy odhaczamy kolejne zrealizowane cele, przepełnia nas duma- wspaniałe poczucie dobrze spełnionego obowiązku, które uzależnia!



Planowanie może stać się kreatywną zabawą. To przecież nie musi być tabelka w Excelu, czy zapełnianie stron w kalendarzu. Możemy zagospodarować drzwi od lodówki, na której umieścimy kolorowe karteczki z zadaniami- a przecież w kuchni spędzamy dużo czasu, prawda? :)

Marzy mi się tablica korkowa nad biurkiem, a na niej prawdziwa mapa marzeń! Można wykorzystać sortery na dokumenty lub kolorowe pudełka, w których mamy posegregowane zadania- tutaj ogranicza nas tylko wyobraźnia!



Pamiętajmy tylko o jednym- plany muszą być elastyczne, dopasowane do naszego trybu życia. Dopisujmy, skreślajmy, zmieniajmy- nie trzymajmy się sztywnych ram. Bierzmy pod uwagę również pojawienie się nieprzewidzianych sytuacjach, którego mogą posłać nasze plany w diabły ;)