W pogoni za lajkiem

22:12:00 0 Comments A+ a-


Sam produkt to za mało. Nie od dziś wiadomo, że reklama jest dźwignią handlu. W naszych czasach nieograniczone możliwości promocji zapewnia nam Internet. Ja już to zrozumiałam. Ale ten tekst nie będzie traktował o tym, że warto. Równie ważne jest, by wiedzieć, kiedy powiedzieć "stop!".

 Cały czas na posterunku

Chcę traktować poważnie swoją działalność. Dlatego nie mogę odwracać się plecami do portali społecznościowych. Prawie wszystkie wejścia na mój blog mają swoje źródło w Facebooku. To właśnie z mojego fanpedżja dowiadujecie się o tym, co słychać u Magic Crafts, czym się aktualnie zajmuję, co mnie inspiruje. Muszę być systematyczna, abyście nie czuli się zaniedbani. Staram się tworzyć ciekawe, intrygujące posty, aby nie zanudzić Was i jednocześnie sprowokować do dyskusji.

Nie samym Facebookiem człowiek żyje

Chociaż Facebook jest najpopularniejszym serwisem społecznościowym w naszym kraju (takie dane zaczerpnęłam z zestawienia Megapanel PBI/Gemius, stan z marca 2014), to co raz chętniej zaprzyjaźniamy się z takimi światowymi gigantami jak Twitter, Instagram, czy Pinterest. Jeśli zależy nam na promocji również poza granicami naszego kraju, obecność na wyżej wymienionych portalach jest obowiązkowa.

Bułka z masłem?

Sprawne obracanie się w tym wirtualnym świecie wymaga od nas nie tylko pewnych umiejętności, ale przede wszystkim czasu. Tylko z pozoru niewinne klikanie to bardzo często żmudna praca. Nie jest sztuką wrzucić fotkę od czapy: "taka sobie ja". Wszystkie nasze działania na tym polu muszą być spójne, korespondować z naszą działalnością- muszą po prostu nieść przesłanie, które potem bez problemu odczytają nasi fani. Mam już za sobą kilka internetowych wpadek- niezrozumiałe posty, konkursy, które nie wzbudziły zainteresowania (możecie o tym poczytać również TUTAJ).

To nas kręci, to nas podnieca

W całym tym szaleństwie jest jednak coś pociągającego. Internet zalewa fala obrazków uśmiechniętych ludzi przy komputerze, obowiązkowo z kawą obok. Ja też chciałam taka być. Siedzieć w kawiarni, popijać cappuccino i beztrosko czatować z fanami. A kiedy po czasie lukier odpadł i doświadczyłam na własnej skórze, że nie zawsze jest tak różowo, wpadłam w pułapkę. Zaplątana w internetową sieć, potrafiłam co chwilę sprawdzać fanpejdż- czy ktoś już polubił, czy jest wiadomość, ile odsłon, itd.

Hierarchia wartości



Doszło do dziwnej sytuacji. Okazało się, że więcej czasu poświęcam Facebookowi niż tworzeniu. Promowałam działalność, której tak naprawdę nie było. Sam produkt nie wystarczy, owszem, ale reklama bez niego jest zupełnie bez sensu. Gdzieś po drodze, w tej pogoni za lajkiem, zagubiłam właściwe proporcje. A moja igiełka- zapomniana, samotna- czekała... Doczekała się. Teraz tańcuje, aż miło!